poniedziałek, 14 września, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

W Maszewie nikt nie musiał niczego widzieć, lokalne układy ważniejsze niż przepisy prawa

W ostatnich dniach publikowaliśmy materiały o nieprawidłowościach w szkole w Maszewie, o zależności dyrektor Anny Kasperek wobec burmistrza, Pawła Piesia i Agnieszce Lewickiej, która powinna jako radna być organem kontrolnym placówki, w której… jest zatrudniona.

Weźmy to, co w tej sprawie jest bezsporne, bo pochodzi z dokumentów samej gminy, samej Regionalnej Izby Obrachunkowej i samej Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej, a nie z niczyich domysłów. Sześć lat nagród dla dyrektora szkoły. Nauczyciele bez pełnych kwalifikacji prowadzący zajęcia przez trzy lata szkolne, kosztem 15 621,34 zł z publicznej kasy. Ćwiczenia ewakuacyjne zgłaszane do straży pożarnej z naruszeniem terminów albo nie zgłaszane wcale, przez pięć kolejnych lat. Wyjaśnienia dyrektor szkoły, które komisja rady musiała odrzucić, bo nie zgadzały się ze stanem faktycznym. Zarzut dyskryminacji dwóch nauczycielek, na który nikt formalnie nie zareagował przez osiem miesięcy.

Każdą z tych spraw z osobna da się wytłumaczyć. Uchybienie formalne. Kwestia interpretacji przepisu. Subiektywna opinia związku zawodowego. Brak oficjalnego zawiadomienia. To właśnie ta gotowa formuła powraca w odpowiedziach burmistrza Pawła Piesio niemal przy każdym punkcie – i, wzięta osobno, każda z nich nawet brzmi rozsądnie. Problem w tym, że tych punktów jest sześć, dotyczą jednej placówki, tego samego dyrektora i tego samego kilkuletniego okresu, a mechanizm reakcji za każdym razem wygląda identycznie: żadnego zawiadomienia do rzecznika dyscypliny finansów publicznych, żadnego zawiadomienia do rzecznika dyscyplinarnego dla nauczycieli, żadnego do kuratora, żadnego do inspekcji pracy, żadnego do prokuratury. Nie dlatego, że ktoś to sprawdził i uznał zarzuty za bezpodstawne – tylko dlatego, że nikt formalnie nie musiał tego zrobić, bo żadna z tych spraw nie trafiła do gminy w formie, która rodziłaby obowiązek reakcji.

To jest dokładnie ten rodzaj systemu, w którym każdy szczebel może uczciwie powiedzieć, że wykonał swoje zadanie. Burmistrz odpowiada na pytania rzeczowo, powołuje się na przepisy i orzecznictwo, przytacza konkretne sygnatury wyroków. Rada Miejska głosuje nad uchwałami zgodnie z procedurą. Komisja skarg trzykrotnie wraca do sprawy, zanim wyda ostateczną opinię. Wszystko formalnie się zgadza. A mimo to skończyło się tak, że to nie żaden z organów nadzoru gminy, tylko związek zawodowy nauczycieli, jako pierwszy zauważył, że wyjaśnienia dyrektor szkoły rozjeżdżają się z rzeczywistością – i to on wymusił ponowne rozpatrzenie sprawy, która bez jego interwencji zostałaby zamknięta 16 stycznia 2026 r. jako bezzasadna.

Warto też zapytać o coś, czego żaden dokument nie rozstrzyga wprost, ale co samo się narzuca: czy fakt, że przewodnicząca Rady Miejskiej jest nauczycielką zatrudnioną w tej samej szkole, której dotyczą wszystkie te sprawy, miał jakikolwiek wpływ na tempo i determinację, z jaką gmina je wyjaśniała. Burmistrz odpowiada, że przewodnicząca wstrzymała się od głosu i że sam związek ze sprawą nie oznacza automatycznie konfliktu interesów w rozumieniu ustawy o samorządzie gminnym. To prawnie poprawne stwierdzenie. Nie odpowiada jednak na pytanie, dlaczego przez osiem miesięcy nikt – ani ona jako szefowa organu kontrolnego, ani burmistrz jako organ prowadzący – nie uznał, że sprawa jest na tyle poważna, by wyjść poza wstrzymanie się od głosu.

Nikomu w tej sprawie, na podstawie tego, co dziś wiadomo, nie można jeszcze przypisać złamania prawa karnego – to ustalą, jeśli w ogóle, właściwe organy, o ile ktoś zdecyduje się je o sprawie poinformować.

Najbardziej uderza nie skala poszczególnych uchybień, lecz sposób, w jaki przez lata przechodziły one bez realnych konsekwencji. Każde kolejne wyjaśnienie sprowadza się do procedur, interpretacji przepisów albo braku formalnego obowiązku podjęcia działań. W efekcie powstaje obraz środowiska, w którym najważniejsze staje się wzajemne chronienie własnych pozycji, a nie rzetelne wyjaśnienie nieprawidłowości i wyciągnięcie konsekwencji. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z układem towarzysko-politycznym, w którym wszyscy się znają, współpracują ze sobą od lat i nikt nie ma interesu w tym, aby naprawdę przyjrzeć się sprawie. Formalnie wszystko może wyglądać poprawnie, lecz z perspektywy mieszkańca liczy się przede wszystkim efekt. A ten jest taki, że kolejne nieprawidłowości wychodzą na jaw dopiero dzięki związkom zawodowym, kontroli Regionalnej Izby Obrachunkowej czy straży pożarnej, zamiast zostać wychwycone przez organy, które zostały powołane właśnie do sprawowania nadzoru.

W prywatnej firmie menedżer, wokół którego przez kilka lat gromadziłyby się kolejne naruszenia procedur, błędy organizacyjne, nieprawidłowości finansowe czy zastrzeżenia dotyczące bezpieczeństwa, straciłby stanowisko. Właściciel nie czekałby na kolejne kontrole i następne raporty, ponieważ odpowiada za własne pieniądze i reputację przedsiębiorstwa. W samorządzie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Placówka utrzymywana z publicznych środków może funkcjonować mimo kolejnych zastrzeżeń, a osoby odpowiedzialne pozostają na swoich stanowiskach. To rodzi pytanie o standardy zarządzania publicznym majątkiem i odpowiedzialność za decyzje. To nie buduje zaufania do samorządu, lecz utrwala przekonanie, że w lokalnym systemie nie ponosi się odpowiedzialności za naruszanie przepisów prawa.

Nauczyciele bez pełnych kwalifikacji, ćwiczenia ewakuacyjne zgłaszane po terminie. Co wykazały kontrole RIO i straży pożarnej w szkole w Maszewie?

Dyrektor szkoły złapana na kłamstwie? Nie poniosła żadnych konsekwencji

Skandal w maszewskiej szkole. Sześć lat bez opinii rady pedagogicznej dla nagród przyznawanych za pracę nauczycieli

Wniosek nadzorczy trafił do Wojewody. Agnieszka Lewicka straci mandat radnej?

 

Popularne Artykuły