wtorek, 11 sierpnia, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Święta wojna tylko w telewizji i dla mas. O tym, jak politycy zdradzają ideologię dla swoich interesów

Lokalna polityka gardzi „warszawskimi świętościami”, w stolicy politycy grają w teatrze dla mas, lokalnie bawią się w biznes dla swoich? Gdy o siódmej rano włączamy radio, słyszymy jęki i zgrzytanie zębów. W warszawskim studiu reprezentanci rządu i opozycji licytują się na moralną wyższość. Padają słowa o „zagrożeniu dla demokracji”, „zdradzie stanu” i „reżimie”. Emocje są autentyczne, przynajmniej na poziomie tętna u słuchaczy. Tworzy się spektakl absolutnej polaryzacji — czarno-biały świat, w którym pójście na jakikolwiek kompromis z drugą stroną to zdrada własnych wyborców.

Potem jednak gasną czerwone światełka kamer, a polityczny cyrk pakuje namioty i przenosi się w teren. I tam, na poziomie samorządów, okazuje się, że ta śmiertelna wojna to w dużej spektakl dla mas. W gminach, powiatach i miastach na prawach powiatu zasady z Wiejskiej przestają obowiązywać. Ustępują one miejsca pragmatyzmowi tak skrajnemu, że postronny obserwator może doznać zawrotów głowy.

Świnoujście jako soczewka realnej polityki

Najciekawszym, choć bynajmniej nie jedynym, laboratorium tej politycznej alchemii stało się ostatnio Świnoujście. Prezydentka Joanna Agatowska to postać w strukturach ogólnokrajowych niebywale wyrazista — zasiada w ścisłym zarządzie krajowym Nowej Lewicy. To ta sama Lewica, która w Warszawie buduje swoją tożsamość na absolutnym odrzuceniu wszystkiego, co kojarzy się z prawicą i konserwatyzmem, a jej liderzy, z Włodzimierzem Czarzastym na czele, od lat toczą z PiS-em ideologiczną wojnę na wyniszczenie.

Jednak w Świnoujściu, gdy przyszło do podziału realnej władzy i zabezpieczenia większości w radzie miasta, warszawskie podręczniki do ortodoksji partyjnej wylądowały w koszu na śmieci. Prezydentka Agatowska bez większych oporów weszła w nieformalny sojusz z ludźmi kojarzonymi z prawicą, byle tylko utrzymać stabilne rządy i zneutralizować dotychczasowych rywali. I te ogólnopolskie hasła o prawie kobiet decydowania o sobie nie maja już znaczenia, tu przedstawicielka Lewicy może zdradzić ideały kobiet tylko po to, by lokalnie utrzymać władzę.

Dla przeciętnego wyborcy, który codziennie karmi się przekazem o „walce dobra ze złem”, to szok. Dla socjologa i politologa — absolutny standard i przejaw tzw. pragmatyzmu transakcyjnego.

Z punktu widzenia mieszkańca wygląda to często zaskakująco. Partie, które w telewizji ostro się atakują, w gminach i powiatach potrafią razem rządzić. Wynika to z kilku prostych powodów. Na poziomie lokalnym liczą się przede wszystkim konkretne sprawy. Samorządy nie zajmują się najgorętszymi sporami politycznymi. Zamiast tego decydują o remontach dróg, budowie chodników, szkołach, komunikacji czy inwestycjach. Trudno mówić o „lewicowej” albo „prawicowej” ulicy. Kiedy celem jest wybudowanie ronda czy zdobycie pieniędzy na remont szkoły, łatwiej znaleźć wspólny język.

W samorządzie chodzi także o realną władzę i wpływy. Koalicja daje możliwość rządzenia, decydowania o stanowiskach, komisjach czy kierunkach rozwoju gminy. Dla wielu lokalnych polityków ważniejsze jest utrzymanie wpływu na decyzje niż wierne trzymanie się partyjnych podziałów znanych z krajowej polityki. Lokalni politycy po prostu dobrze się znają. Często mieszkają w tej samej miejscowości od lat, ich dzieci chodzą do tych samych szkół, spotykają się na lokalnych wydarzeniach i współpracują przy różnych inicjatywach. Osobiste relacje bywają silniejsze niż partyjne etykiety. Łatwiej porozumieć się z kimś, kogo zna się od kilkudziesięciu lat, niż z anonimowym politykiem oglądanym wyłącznie w telewizji.

W efekcie powstaje prosty mechanizm. Na szczeblu krajowym partie prowadzą ostrą walkę i przekonują wyborców, że dzieli je niemal wszystko. Po wyborach na poziomie lokalnym często okazuje się jednak, że dawni przeciwnicy potrafią stworzyć wspólną większość, jeśli dzięki temu mogą spokojnie rządzić przez kolejne lata.

Co to oznacza dla wyborców? Przede wszystkim warto patrzeć nie tylko na partyjne szyldy, ale również na to, z kim po wyborach dana partia tworzy koalicję i jakie decyzje później podejmuje. W samorządzie to właśnie powyborcze sojusze często mówią więcej o prawdziwych priorytetach lokalnych polityków niż hasła z kampanii. I nie łudźmy się, że szef Nowej Lewicy, Włodzimierz Czarzasty nie wie o nieformalnej koalicji swojej politycznej koleżanki z PiS. Wie i to akceptuje. To cynizm w czystej postaci.

Konsekwencje dla nas, wyborców

Można odnieść wrażenie, że polityczny konflikt, który oglądamy każdego dnia w mediach, na poziomie lokalnym często wygląda zupełnie inaczej. Partie, które w ogólnopolskiej debacie przedstawiają się jako nieprzejednani przeciwnicy, w wielu samorządach dla własnych korzyści potrafią wspólnie rządzić i zawierać porozumienia. To pokazuje, że polityczna rywalizacja ma różne oblicza, a emocje obecne w przekazie medialnym nie zawsze przekładają się na praktykę i nie zawsze są wierne wyborcom. Wszak wielu obywateli angażuje się w spory znacznie bardziej niż sami politycy. W mediach społecznościowych dochodzi do ostrych dyskusji, rodzinne spotkania potrafią przerodzić się w kłótnie, a różnice poglądów coraz częściej stają się powodem wzajemnej niechęci. W tym samym czasie lokalni przedstawiciele różnych ugrupowań nierzadko współpracują przy podejmowaniu decyzji dotyczących budżetu, inwestycji czy funkcjonowania samorządu. Nie musi to oznaczać niczego niewłaściwego, jednak pokazuje, że codzienna praktyka bywa bardziej pragmatyczna niż polityczne deklaracje.

Trzeba to wreszcie nazwać po imieniu: jesteśmy tylko mięsem armatnim w wojnie, która na szczytach władzy nigdy nie istniała. Cała ta nienawiść, którą codziennie karmią nas media i partyjni spin doktorzy, to starannie zaprojektowany, chłodno kalkulowany produkt marketingowy. Kazano nam uwierzyć, że sąsiad o innych poglądach to śmiertelny wróg zagrażający naszej egzystencji, tylko po to, abyśmy w amoku walki nie zauważyli, jak z naszych kieszeni wypływają publiczne pieniądze. Polaryzacja to najtańsza i najskuteczniejsza metoda zarządzania tłumem. Wystarczy rzucić nam kość światopoglądowego sporu, byśmy rzucili się sobie do gardeł, podczas gdy politycy za kulisami, przyciszonym głosem, spokojnie zatwierdzają kolejne aneksy do umów i dzielą między sobą rady nadzorcze.

Warto więc zachować dystans do przekazu, który przedstawia politykę wyłącznie jako nieustanną walkę dwóch wrogich obozów. Demokracja opiera się na sporze, ale również na umiejętności szukania porozumienia tam, gdzie jest ono potrzebne. Z perspektywy wyborcy najważniejsze powinno być nie to, jak ostro brzmią kampanijne hasła, lecz jakie decyzje zapadają po wyborach, z kim tworzone są koalicje i czy obietnice znajdują odzwierciedlenie w działaniach.

To dobry moment, aby uważniej przyglądać się polityce nie przez pryzmat emocji, lecz faktów. Zamiast oceniać partie wyłącznie na podstawie ich wzajemnych oskarżeń, warto obserwować, jak zachowują się wtedy, gdy przychodzi czas podejmowania decyzji i sprawowania władzy. Właśnie wtedy najlepiej widać, co jest kwestią przekonań, a co politycznej praktyki.

Popularne Artykuły