Lokalna polityka gardzi „warszawskimi świętościami”, w stolicy politycy grają w teatrze dla mas, lokalnie bawią się w biznes dla swoich? Gdy o siódmej rano włączamy radio, słyszymy jęki i zgrzytanie zębów. W warszawskim studiu reprezentanci rządu i opozycji licytują się na moralną wyższość. Padają słowa o „zagrożeniu dla demokracji”, „zdradzie stanu” i „reżimie”. Emocje są autentyczne, przynajmniej na poziomie tętna u słuchaczy. Tworzy się spektakl absolutnej polaryzacji — czarno-biały świat, w którym pójście na jakikolwiek kompromis z drugą stroną to zdrada własnych wyborców.
Potem jednak gasną czerwone światełka kamer, a polityczny cyrk pakuje namioty i przenosi się w teren. I tam, na poziomie samorządów, okazuje się, że ta śmiertelna wojna to w dużej spektakl dla mas. W gminach, powiatach i miastach na prawach powiatu zasady z Wiejskiej przestają obowiązywać. Ustępują one miejsca pragmatyzmowi tak skrajnemu, że postronny obserwator może doznać zawrotów głowy.
Świnoujście jako soczewka realnej polityki
Najciekawszym, choć bynajmniej nie jedynym, laboratorium tej politycznej alchemii stało się ostatnio Świnoujście. Prezydentka Joanna Agatowska to postać w strukturach ogólnokrajowych niebywale wyrazista — zasiada w ścisłym zarządzie krajowym Nowej Lewicy. To ta sama Lewica, która w Warszawie buduje swoją tożsamość na absolutnym odrzuceniu wszystkiego, co kojarzy się z prawicą i konserwatyzmem, a jej liderzy, z Włodzimierzem Czarzastym na czele, od lat toczą z PiS-em ideologiczną wojnę na wyniszczenie.
Jednak w Świnoujściu, gdy przyszło do podziału realnej władzy i zabezpieczenia większości w radzie miasta, warszawskie podręczniki do ortodoksji partyjnej wylądowały w koszu na śmieci. Prezydentka Agatowska bez większych oporów weszła w nieformalny sojusz z ludźmi kojarzonymi z prawicą, byle tylko utrzymać stabilne rządy i zneutralizować dotychczasowych rywali. I te ogólnopolskie hasła o prawie kobiet decydowania o sobie nie maja już znaczenia, tu przedstawicielka Lewicy może zdradzić ideały kobiet tylko po to, by lokalnie utrzymać władzę.
Dla przeciętnego wyborcy, który codziennie karmi się przekazem o „walce dobra ze złem”, to szok. Dla socjologa i politologa — absolutny standard i przejaw tzw. pragmatyzmu transakcyjnego.
Z punktu widzenia mieszkańca wygląda to często zaskakująco. Partie, które w telewizji ostro się atakują, w gminach i powiatach potrafią razem rządzić. Wynika to z kilku prostych powodów. Na poziomie lokalnym liczą się przede wszystkim konkretne sprawy. Samorządy nie zajmują się najgorętszymi sporami politycznymi. Zamiast tego decydują o remontach dróg, budowie chodników, szkołach, komunikacji czy inwestycjach. Trudno mówić o „lewicowej” albo „prawicowej” ulicy. Kiedy celem jest wybudowanie ronda czy zdobycie pieniędzy na remont szkoły, łatwiej znaleźć wspólny język.
W samorządzie chodzi także o realną władzę i wpływy. Koalicja daje możliwość rządzenia, decydowania o stanowiskach, komisjach czy kierunkach rozwoju gminy. Dla wielu lokalnych polityków ważniejsze jest utrzymanie wpływu na decyzje niż wierne trzymanie się partyjnych podziałów znanych z krajowej polityki. Lokalni politycy po prostu dobrze się znają. Często mieszkają w tej samej miejscowości od lat, ich dzieci chodzą do tych samych szkół, spotykają się na lokalnych wydarzeniach i współpracują przy różnych inicjatywach. Osobiste relacje bywają silniejsze niż partyjne etykiety. Łatwiej porozumieć się z kimś, kogo zna się od kilkudziesięciu lat, niż z anonimowym politykiem oglądanym wyłącznie w telewizji.
W efekcie powstaje prosty mechanizm. Na szczeblu krajowym partie prowadzą ostrą walkę i przekonują wyborców, że dzieli je niemal wszystko. Po wyborach na poziomie lokalnym często okazuje się jednak, że dawni przeciwnicy potrafią stworzyć wspólną większość, jeśli dzięki temu mogą spokojnie rządzić przez kolejne lata.
Co to oznacza dla wyborców? Przede wszystkim warto patrzeć nie tylko na partyjne szyldy, ale również na to, z kim po wyborach dana partia tworzy koalicję i jakie decyzje później podejmuje. W samorządzie to właśnie powyborcze sojusze często mówią więcej o prawdziwych priorytetach lokalnych polityków niż hasła z kampanii. I nie łudźmy się, że szef Nowej Lewicy, Włodzimierz Czarzasty nie wie o nieformalnej koalicji swojej politycznej koleżanki z PiS. Wie i to akceptuje. To cynizm w czystej postaci.






