Wieniec dożynkowy stoi na scenie, obok niego poczet sztandarowy, orkiestra dęta gra od godziny, a rolnicy czekają na swoją kolej. Najpierw jednak głos zabiera wojewoda, marszałek województwa, poseł lub senator, który akurat jest w okolicy, bo trwa kampania albo trwa coś, co przypomina kampanię. potem burmistrz, wójt, radni… Na koniec, gdzieś między przemówieniami a poczęstunkiem, ktoś przypomina sobie, że to wszystko miało być podziękowaniem dla ludzi, którzy zebrali plony. Tak wygląda większość gminnych i powiatowych dożynek w Polsce od lat. Nie jest to obserwacja złośliwa – wystarczy przejrzeć program niemal dowolnych dożynek ogłoszony na stronie urzędów gminy. Punkt pierwszy: msza dziękczynna. Punkt drugi: powitanie gości. I tu zaczyna się lista, która potrafi zająć więcej miejsca niż część rolnicza programu.
Dożynki jako święto plonów mają korzenie sięgające czasów przedchrześcijańskich, a ich współczesna forma – z wieńcem, korowodem i podziękowaniem gospodarzowi – ukształtowała się w XIX wieku jako wydarzenie czysto wiejskie, organizowane przez i dla społeczności rolniczej. Polityka wkroczyła na dobre w okresie PRL, kiedy centralne dożynki stały się okazją do pokazania władzy ludowej w otoczeniu kombajnów i snopków. Po 1989 roku ranga polityczna wydarzenia nie zmalała – zmieniła się tylko partia szyldu.
Dziś dożynki prezydenckie, wojewódzkie i powiatowe to stały punkt kalendarza każdego samorządowca i każdego posła z okręgu. Nic dziwnego: to gwarantowany tłum, gwarantowane zdjęcie z bochnem chleba i gwarantowana relacja w lokalnej telewizji.
Rzecz nie w samej obecności polityków – w końcu to oni odpowiadają za dopłaty, ceny skupu czy przepisy dotyczące Zielonego Ładu, więc mają prawo się wypowiadać. Zaczyna się to psuć wtedy, gdy z trzygodzinnej uroczystości rolnik dostaje pięć minut, a polityk czterdzieści. Gdy starosta korzysta z mikrofonu, by zapowiedzieć inwestycję niezwiązaną z rolnictwem. Gdy poseł opozycji i poseł koalicji rządzącej ustawiają się po przeciwnych stronach sceny. Rolnicy protestujący w ostatnich latach – blokady dróg, worki ze zbożem rzucane pod urzędami, spory o import z Ukrainy – wielokrotnie mówili wprost: dożynki są dla nich, ale głos na nich mają wszyscy oprócz nich samych. Ich bolączki – rosnące koszty nawozów, spadające ceny skupu, biurokracja przy dopłatach – wracają na te same sceny raz w roku, w formie obietnicy złożonej między jednym przemówieniem a drugim.
Jest i druga strona
Nie każde dożynki wyglądają identycznie. W wielu gminach to wciąż lokalni gospodarze decydują o programie, a wójt czy burmistrz pojawia się jako gość, nie jako gwiazda wieczoru. Część samorządowców broni obecności władz argumentem praktycznym: to właśnie urząd gminy płaci za scenę, nagłośnienie i orkiestrę, więc naturalne jest, że ktoś z urzędu otwiera imprezę. Bez tego finansowania niejedne dożynki w ogóle by się nie odbyły.
Na koniec dnia wieniec trafia do kościoła albo do gminnego muzeum, orkiestra pakuje instrumenty, a politycy jadą na kolejne dożynki w sąsiedniej gminie – sezon dożynkowy trwa zwykle od końca sierpnia do połowy września i pozwala odwiedzić kilkanaście miejscowości. Rolnik wraca do gospodarstwa, gdzie czekają te same ceny skupu i te same rachunki, które czekały przed świętem. Wieniec był piękny, chleb był świeży, zdjęcia wyszły dobrze. Tylko pytanie, komu tak naprawdę wyszły na dobre, wraca co roku w sierpniu razem z pierwszym kombajnem na polu.
Bez żadnego hamulca
Gdzieś po drodze zniknął wstyd. Kiedyś polityk czekał, aż go przedstawią, siadał w drugim rzędzie i zabierał głos, kiedy mu na to pozwolono. Dziś wchodzi na plac przed kościołem, zanim skończy się msza, ustawia się przy wieńcu, zanim starosta zdąży go przywitać, i szuka kamery, jakby to jego twarz miała reprezentować urodzaj. Nikt go nie zaprosił na pierwszy plan – on po prostu tam staje, bo wie, że nikt go stamtąd nie zepchnie.
Uściski dłoni, które kiedyś były gestem grzeczności, zamieniły się w rodzaj zdobyczy do zaliczenia. Poseł przechodzi wzdłuż stoiska z chlebem i miodem, ściska dłoń każdemu, kto akurat stoi za ladą, nie pyta o nazwisko, nie pyta o gospodarstwo, robi zdjęcie i idzie dalej. Rolnik, który przez rok użerał się z cenami nawozów i dopłatami zawieszonymi w systemie, dostaje w zamian dziesięć sekund uścisku i zapewnienie, że „rolnictwo to priorytet”. Nikt przy tym nie pyta, czy rolnik w ogóle chce, żeby go tak dotykano na oczach kamer lokalnej telewizji.
Najgorsze jest to, że nikt już tego nie kwestionuje – ani organizatorzy, którzy z góry rezerwują politykom miejsce na scenie, ani ochrona, która przepuszcza ich bez kolejki, ani sami rolnicy, przyzwyczajeni, że tak już jest. Natarczywość stała się częścią rytuału na równi z wieńcem i chlebem. I dopóki nikt głośno nie powie „dość”, kolejne dożynki będą wyglądały dokładnie tak samo: politycy na pierwszym planie, rolnicy w tle własnego święta.






