niedziela, 19 lipca, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Kleszcze i miliony – jak Dariusz Matecki przez dwa dni tłumaczył sądowi, że pracował w lesie. Ruszył głośny proces

Poseł PiS Dariusz Matecki do budynku szczecińskiego sądu wszedł z naręczem dokumentów — w większości wydruki jego maili i postów, które udostępniał podczas zatrudnienia w Lasach Państwowych. Tyle tylko, że czeka go proces o wyłudzenie ponad szesnastu milionów złotych z publicznego funduszu. A on przez dwa dni mówił sądowi o kleszczach.

W Sądzie Okręgowym w Szczecinie rozpoczął się proces posła PiS Dariusza Mateckiego i siedmiu innych oskarżonych w sprawie związanej z Funduszem Sprawiedliwości. Sprawa dotyczy m.in. wyłudzania środków z Funduszu oraz prania brudnych pieniędzy.

Zanim wszedł na salę, zdążył powiedzieć dziennikarzom, co o tym wszystkim myśli. „Jestem sądzony, bo jestem Dariuszem Mateckim” — tak przed wejściem na salę rozpraw mówił poseł Prawa i Sprawiedliwości. To zdanie, które słyszymy od niego od wielu miesięcy, ale to twierdzenie zbyt proste jak na to, o co jest oskarżony. Prokuratura przedstawia inny obraz. Dariusz Matecki został oskarżony o popełnienie sześciu przestępstw — trzy dotyczą współdziałania z funkcjonariuszami publicznymi z Ministerstwa Sprawiedliwości przy przekroczeniu uprawnień w związku z przeprowadzeniem trzech konkursów na dotacje z Funduszu Sprawiedliwości w sposób zapewniający ich rozstrzygnięcie na rzecz powiązanych stowarzyszeń Fidei Defensor i Przyjaciół Zdrowia oraz przywłaszczenia środków w łącznej kwocie 16,5 mln zł. Czwarty dotyczy prania pieniędzy w kwocie nie mniejszej niż 447 500 zł, a ostatnie dwa — współdziałania z dyrektorami Lasów Państwowych przy fikcyjnym zatrudnieniu polityka, w wyniku czego uzyskał nienależne świadczenia w łącznej wysokości 483 860 zł.

Sześć zarzutów. Każdy zagrożony karą do dziesięciu lat pozbawienia wolności.

Sześć godzin o kleszczach

Pierwszego dnia rozprawy Matecki nie powiedział sądowi prawie nic o Funduszu Sprawiedliwości. Pokazywał swoje posty o kleszczach i o tym, że w lasach jest sucho. Pokazywał e-maile, które wymieniał z administracją Facebooka w sprawie zweryfikowania profili. „Załatwiłem to, bo miałem możliwość dotarcia do polskiej administracji platformy. Zwykły pracownik nie miał takich możliwości” — stwierdził.

Opowieść zajęła posłowi PiS blisko sześć godzin. Może dlatego, że większość maili czytał na sali rozpraw właściwie w całości. Dopiero później dołączał je do akt sprawy. Co jakiś czas upewniał się tylko, czy protokolant na pewno wszystko notuje.

To nie przypadek. To strategia. Poseł zapowiedział, że szykuje długie zeznania. „Same Lasy Państwowe to sądzę będzie kilkanaście godzin” — mówił Matecki. O Funduszu Sprawiedliwości — jak zapowiedział — będzie mówił „tygodniami”.

Prokuratura patrzyła na to ze spokojem, choć nie bez komentarza. Prok. Dariusz Ślepokura z Prokuratury Krajowej powiedział, że oskarżony „mówi głównie o swojej współpracy z Ministerstwem Środowiska, natomiast mało odnosi się do czynów zarzucanych w akcie oskarżenia”.

Dokument, którego nie ma

Matecki przez dwa dni woził do sądu sterty papierów. Zdjęcia, artykuły, wpisy w mediach społecznościowych, korespondencja mailowa. Wszystko po to, żeby udowodnić, że naprawdę pracował w Lasach Państwowych. Prokuratura zadała przy tym jedno proste pytanie: gdzie jest dokument, który sam wytworzył?

Prok. Ślepokura powiedział, że „w ramach śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Krajową nie ujawniono jakiegokolwiek dokumentu wytworzonego przez oskarżonego w ramach pracy w Lasach Państwowych”.

Matecki odpowiada, że to niemożliwe, bo pracował – i pokazuje kolejne maile. Prokuratura mówi, że nie ma żadnego dokumentu jego autorstwa. Ten pat to jedna z kluczowych osi całego procesu.

Sieć powiązań i cztery wyroki, które już zapadły

Za kulisami sądowej sali czai się jednak coś bardziej konkretnego niż spór o leśne posty.

Zdaniem śledczych poseł Matecki był jednym z tych, którzy z Funduszu Sprawiedliwości wyłudzili ponad 16,5 mln zł — wszystko za sprawą dwóch szczecińskich stowarzyszeń: Fidei Defensor oraz Towarzystwa Przyjaciół Zdrowia.

Prokuratura odtworzyła mechanizm działania tego układu.

jak przytacza słowa prokuratora Onet:

„Oskarżony Dariusz M. korzystając ze swoich kontaktów w Ministerstwie Sprawiedliwości promował dwa szczecińskie stowarzyszenia. De facto on tymi stowarzyszeniami zarządzał, bo decydował o wszystkich najważniejszych sprawach dotyczących m.in. zatrudnienia osób oraz przygotowania ofert. Pośrednio sam przygotowywał te oferty, czego przykładem było spotkanie w Jeruzalu, w domu byłego ministra sprawiedliwości. Przedstawiał tam koncepcje wykorzystania dotowanych portali internetowych do promowania polityków Solidarnej Polski”.

To nie są domysły. W tej samej sprawie już zapadły wyroki. W tzw. szczecińskim wątku afery Funduszu Sprawiedliwości cztery osoby zostały skazane — sprawy wyłączone z głównego postępowania ze względu na przyznanie się do winy. Cała czwórka przyznała m.in., że wystawiała fałszywe faktury za działalność, której nie wykonywali. Ich zeznania — zdaniem śledczych — okazały się kluczowe dla sprawy.

Adam S. i jego kariera

Na ławie oskarżonych obok Mateckiego siedzi też Adam S. — prezes Fidei Defensor, jedna z centralnych postaci całej historii. Jeszcze do niedawna bezrobotny i na zasiłku, dziś jest „koordynatorem ds. chrystianofobii” w Ordo Iuris z wynagrodzeniem 6,8 tys. zł netto miesięcznie. Kiedy sąd pyta go, czy pracuje w pełnym wymiarze godzinowym, S. początkowo nie potrafi odpowiedzieć.

Przed posiedzeniem Adam S. podszedł do dziennikarzy i zaznaczył, że nie zgadza się na publikację jego danych i wizerunku. Jeszcze w październiku S. udzielał wywiadów m.in. na stronach Ordo Iuris, gdzie wypowiadał się do kamery bez jakiejkolwiek anonimizacji.

Coś się najwyraźniej zmieniło.

Ziobro i Romanowski: kluczowe świadki za granicą

Matecki zapowiedział, że chce wezwać na świadków Zbigniewa Ziobrę i Marcina Romanowskiego.

„To jest chyba oczywista sprawa, że dwie kluczowe osoby w tej sprawie, które nic nie zawiniły, żadnego przestępstwa nie popełniły, będę wzywać” — mówił Matecki.

Problem w tym, że obaj od dawna ukrywają się przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Zapytany, jak zamierza wezwać kogoś, kto nie ma ustalonego adresu, Matecki odparł, że „chyba państwo polskie działa”. To zdanie mówi więcej niż mogło zamierzał powiedzieć.

„Śmieszne” mówi prokurator

Matecki jeszcze przed salą rozpraw oznajmił, że zarzuty powinny trafić w przyszłości do oskarżającego go prokuratora. Zapytany o to prok. Ślepokura odpowiedział krótko: „To jest śmieszne. Jestem prokuratorem i jako urzędnik państwowy mam obowiązek reagowania na nieprawidłowości i prowadzenia postępowania karnego wobec osób, które naruszyły przepisy”.

Nie zabrzmiało to jak polityczna ripostą. Zabrzmiało jak zmęczenie.

Akta sprawy liczą kilkadziesiąt tomów, a akt oskarżenia — dwieście stron. W roku 2020 dziennikarze Onetu opublikowali szczegółowe materiały dotyczące przepływów finansowych z Funduszu Sprawiedliwości do osób powiązanych z Dariuszem Mateckim — ujawniono wówczas, że środki trafiały do osób z najbliższego otoczenia posła, a także do organizacji Fidei Defensor oraz Stowarzyszenia Przyjaciół Zdrowia, które prowadziło lokalne portale internetowe. Dziś te same osoby odpowiadają przed sądem.

Minęło sześć lat. Dariusz Matecki nadal jest posłem. I nadal twierdzi, że to wszystko polityka.

Sąd będzie oceniał dowody, nie narracje. A tych pierwszych — po stronie prokuratury — jest kilkadziesiąt tomów.

Popularne Artykuły