niedziela, 11 października, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Coraz bardziej boją się mówić po ukraińsku w Polsce. Co zostało z solidarności z uchodźcami?

Wiosną 2022 roku na dworcach w Przemyślu, Warszawie, Poznaniu czy Szczecinie stały kolejki Polaków z transparentami, kluczami do mieszkań. Cztery lata później coraz częściej słychać o czymś innym: o Ukraińcach, którzy w tramwaju czy na klatce schodowej wolą się nie odzywać, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Ten sam kraj, ci sami ludzie, zupełnie inny klimat.

Trudno winić za to jedno wydarzenie czy jedną kampanię wyborczą, choć badacze migracji wskazują właśnie na ubiegłoroczną kampanię prezydencką jako moment, w którym niechęć przestała być marginalna i zaczęła wybrzmiewać głośniej niż wcześniej. Bardziej trafne wydaje się jednak inne wytłumaczenie: solidarność w pierwszych tygodniach wojny była łatwa, bo nie kosztowała nic poza chwilą empatii i miejscem na kanapie. Cztery lata później solidarność zaczęła kosztować – miejsca w przedszkolach, w kolejce do lekarza, na rynku pracy w niektórych branżach, w dyskusji o tym, kto płaci podatki, a kto z nich korzysta. Emocje, które da się utrzymać przez tydzień kryzysu, znacznie trudniej utrzymać przez cztery lata codzienności.

Ciekawe jest to, że dystans wcale nie maleje wraz ze stopniem integracji, tylko czasem rośnie. Ukrainiec, który nauczył się polskiego, znalazł pracę i płaci składki, powinien – zgodnie z prostą logiką – być traktowany jak sąsiad, a nie jak gość. W praktyce bywa odwrotnie: im bardziej ktoś się „wtapia”, tym mocniej odczuwa chłodne spojrzenia, bo przestaje być anonimowym uchodźcą z telewizyjnego reportażu, a staje się konkretnym konkurentem o miejsce w kolejce, mieszkanie na wynajem czy etat. Integracja okazuje się więc procesem, który obciąża relację bardziej niż separacja, dopóki ktoś trzyma się na uboczu, nie zagraża niczyjej pozycji.

Sama społeczność ukraińska w Polsce też nie jest jednolitym blokiem, choć z zewnątrz często tak się ją traktuje. Migranci, którzy przyjechali przed 2022 rokiem, przez lata mozolnie budowali swój status – uczyli się cierpliwości wobec urzędów, funkcjonowali w systemie tymczasowych pozwoleń, jeździli tam i z powrotem przez granicę. Fala uchodźców z 2022 roku dostała PESEL i wsparcie niemal od ręki, co – nietrudno się domyślić – rodziło napięcia po obu stronach, mimo wspólnego paszportu i wspólnej wojny za plecami. Dorzućmy do tego różnice językowe i regionalne: część uchodźców z rosyjskojęzycznego wschodu i południa Ukrainy dopiero po 2022 roku świadomie zaczęła przechodzić na ukraiński, czasem pod presją rodaków, dla których język stał się testem lojalności. To pokazuje, że kategoria „Ukraińcy w Polsce” ukrywa więcej podziałów, niż zakłada powszechne myślenie o tej grupie jako jednorodnej.

Osobny, rzadziej poruszany wątek dotyczy mężczyzn. Ci, którzy mieszkali w Polsce jeszcze przed wojną, znaleźli się w kleszczach dwóch lojalności – jednej wobec państwa, które oczekuje ich powrotu do służby wojskowej, drugiej wobec rodzin rozsianych po obu stronach granicy. To rozdarcie rzadko trafia do publicznej debaty, zdominowanej albo obrazem heroicznego żołnierza na froncie, albo wygodnie urządzonego „uchodźcy”, który miał uniknąć wojny. Rzeczywistość większości mężczyzn z ukraińskim paszportem mieszkających w Polsce jest bardziej niewygodna do opowiedzenia niż którykolwiek z tych dwóch obrazów.

To, co najbardziej niepokoi w tym wszystkim, to kierunek zmiany. Łatwo było zbudować życzliwość w chwili, gdy zagrożenie było odległe, a gest pomocy kosztował niewiele. O wiele trudniej ją utrzymać, gdy wojna trwa długo, zmęczenie rośnie, a codzienna konkurencja o zasoby zaczyna przebijać się przez pierwotny odruch solidarności. Pytanie, które warto sobie zadać, nie brzmi już „czy pomożemy”, tylko „czy wytrzymamy pomaganie na tyle długo, żeby nie zamienić go w niechęć” – a odpowiedź na nie rozstrzyga się dziś, w cichych decyzjach o tym, w jakim języku odezwać się w tramwaju, nie na pierwszych stronach gazet.

Popularne Artykuły